Redakcja: Gotowanie jest Twoją pasją. Pamiętasz, kiedy to wszystko się zaczęło?
Kuba Kuroń:
Odpowiedź jest dość prosta: zawsze trzeba zacząć od mojego ojca. Maciej Kuroń – znany kucharz, pasjonat kuchni, pierwszy kucharz telewizyjny. Mając w domu człowieka, który gotował od zawsze, trudno było tej pasji nie przejąć. A z kolei jego pasja wzięła się od prababci, która dużo gotowała, lubiła to robić i przekazała tę wiedzę wnukowi, czyli mojemu ojcu. Potem już u nas w domu wszystko kręciło się wokół kuchni, bardzo rzadko wychodziliśmy do restauracji.

R: I gotowaliście razem?
KK:
Tak, zawsze gotowaliśmy razem. Mieliśmy też wyznaczony podział obowiązków, który był prosty. Mieszkaliśmy najpierw na Żoliborzu, na Bielanach, a potem się wyprowadziliśmy do domu w Izabelinie pod Warszawą, niedaleko Puszczy Kampinoskiej. A jak to w domu jednorodzinnym – zawsze jest co robić. Trzeba posprzątać, zrobić coś w ogrodzie albo zając się psami, które zawsze nam towarzyszyły, w końcu trzeba ugotować. Z tych wszystkich obowiązków ja zawsze najbardziej lubiłem gotować. Gotowanie było fajne, bo wokół niego toczyło się życie, wszystkie rozmowy.

R: Jaka była pierwsza rzecz, której nauczyłeś się gotować?
KK:
To były podstawowe rzeczy. Pierwsza to klasyczny vinegret, a kolejną był beszamel. Robiliśmy lasagne – ojciec przygotowywał sos boloński, a ja beszamel. Potem pojawiały się kolejne rzeczy: takie jak pieczenie, sposób pieczenia i czas, więc ta technika stała się dla mnie naturalna. W domu mieliśmy wędzarkę, robiliśmy też różne kiełbasy.

R: Jak już wspomniałeś – zawodowym kucharzem zostałeś dzięki swojemu tacie
(Kuba jest synem Macieja Kuronia, przyp. red.). Jak bardzo wpłynął on na to, kim jesteś  i co robisz dzisiaj? Którą lekcję ojca zapamiętałeś w szczególności?
KK:
Wiesz co, tych rozmów było tak dużo, że ciężko jest mi wybrać jedną. Kuchennej to już na pewno nie mógłbym wybrać. To, co mi przekazał w ogólnym znaczeniu, to na pewno szacunek do drugiego człowieka i szacunek do mniejszości. Zawsze mówił, że trzeba stawać po stronie słabszego. Zapamiętałem to i staram się tak postępować w życiu.

R: Jakie cechy Twoim zdaniem powinien mieć dobry kucharz?
KK:
Kucharz musi próbować, musi lubić jeść. To musi być jego pasja. Nie zostanie się kucharzem, jeśli podejdzie się do tego zawodu tylko dlatego, że dobrze będzie sobie coś ugotować, czy zawsze mieć co jeść. Bez pasji człowiek się wypala. Niezwykle ważna jest też stała chęć doskonalenia się.

R: Gotowanie to nie tylko przygotowanie i jedzenie, prawda? Jakie wartości Twoim zdaniem niesie za sobą kuchnia?
KK:
Ojciec nauczył mnie też takiej perspektywy – był historykiem, dobrym mówcą, potrafił opowiadać i pokazywał, że jedzenie jest historią, opowieścią. Trzeba wiedzieć, dlaczego w Azji smaży się na woku, w ciepłych krajach rzadko je się nabiał, który szybko się psuje, gdzie rosną zioła krajów śródziemnomorskich i tak dalej. To wszystko wynika z historii. Tę historię można opowiedzieć, gotując. Dzięki czemu kuchnia przestaje być tylko jedzeniem, a staje się opowieścią.

R: Masz swoją ulubioną potrawę, a może kilka? Co to takiego?
KK: Zawsze odpowiadam, że nie mam. To zależy od pogody, nastroju, zapachów. Gdybym miał wybrać ze wszystkich składników świata, bez którego nie wyobrażam sobie życia, to ciężko byłoby mi zdecydować się na jeden – z jednej strony lubię sos sojowy, ale braku czosnku też sobie nie wyobrażam. Jem mięso i nie byłbym w stanie z niego zrezygnować raczej. Jak wybieram się gdzieś w podróż, to mam ochotę spróbować lokalnej kuchni. Nie podejmuję się wybrania jednego dania, ale bardzo lubię grillować, gotować i jeść na świeżym powietrzu. 

R: Co robisz, kiedy nie gotujesz?
KK:
Staram się spędzać jak najwięcej czasu z rodziną. Chociaż prawda jest taka, że jak nie pracuję, to też gotuję – bo gotuję dla rodziny. Testuję przepisy. W weekendy często jeździmy do mojej mamy do Izabelina i wcześniej, przed weekendem zdzwaniamy się, ustalamy co byśmy zjedli i zawsze gotujemy to, na co po prostu mamy ochotę. Uwielbiam te momenty. Oprócz tego lubię jeździć na rowerze, grać w piłkę, w koszykówkę. Lubię też podróżować. Nie nudzę się. 😊

R: Często angażujesz w gotowanie swoją córkę. Myślisz, że udało Ci się już zarazić ją miłością do kuchni? ;)
KK:
Staram się wprowadzać to samo co mój ojciec, choć dziewczyny co prawda są jeszcze dość małe – Marysia nie ma 2 lat, a Zosia ma niecałe 5, więc ciężko mówić o podziale obowiązków na tym etapie. Trudno wymagać od pięciolatki, żeby robiła już vinegret czy lepiła pierogi albo gołąbki, ale Zosia lubi pomagać i gotować z nami. Trzeba pozwolić dzieciom gotować, one chcą to z nami robić, sprawia im to frajdę. Można wydzielić im kawałek stołu i niech sobie kroją, obiorą marchewkę. Możemy ją wykorzystać nawet kolejnego dnia do rosołu. Dzięki temu zdobywają pierwszą wiedzę.

R: A kogo jeszcze, oprócz córki oczywiście, zaraziłeś pasją do gotowania?
KK:
Na szczęście mam taką możliwość, żeby wyjść z kuchnią do ludzi. Gotowałem chyba ze wszystkimi – byłem w Domu Opieki Dla Starszych, MONARze, Domu Samotnej Matki, ale też w przedszkolu. Bardzo lubię przekazywać tę wiedzę.

R: W dzisiejszych czasach coraz trudniej jest nam skupić się na sobie nawzajem. Doskonałą okazją do umacniania więzi z bliskimi jest miedzy innymi spędzenie z nimi czasu przy wspólnym stole.  Ideę tę od wielu lat promuje Coca-Cola. Czy zgadzasz się z tym? I czy to właśnie te wartości spowodowały, że zostałeś ambasadorem kampanii marki?
KK:
Tak, znalazłem w tym wspólny mianownik. Ja chcę pokazywać fajne i proste przepisy, które nie skupiają ludzi na skomplikowanym gotowaniu, a spędzaniu czasu razem. Wspólnie z marką Coca–Cola możemy pokazywać jak zbliżać się do siebie za pomocą prostej i przyjemnej kuchni, ponieważ patrzymy na tę kwestię w taki sam sposób. Dlatego ta współpraca jest dla mnie zupełnie naturalna.