Ponad 80 kilometrów biegu po bieszczadzkich szlakach i tylko 16 godzin na jego ukończenie. W maju Coca-Cola wspierała biegaczy podczas 13. edycji Festiwalu Biegów Rzeźnickich. Robert Korzeniowski, mistrz olimpijski, członek drużyny biegowej Coca-Coli dzieli się swoimi wrażeniami.

Skąd pomysł na wzięcie udziału w Biegu Rzeźnika?

Muszę wyjaśnić, dlaczego biorę udział w wydarzeniach sportowych. Po olimpijskich sukcesach moje życie nabrało zupełnie innego wymiaru. Sport stał się płaszczyzną do nawiązywania przyjaźni, budowania relacji. Odkryłem świat ludzi, którzy po prostu fajnie bawią się sportem. To oni namówili mnie na wspólne bieganie.

Wówczas myślałem wyłącznie o maratonie. O Biegu Rzeźnika powiedział mi kolega i stwierdził, że byłoby fajnie, gdybym ja też rozważył w nim swój udział. Ostatecznie zadecydował fakt, że jest to bieg w parach i forma partnerskiej przygody, a dodatku w Bieszczadach, które znam od dzieciństwa.

Ile razy miał pan już okazję wystartować w Biegu Rzeźnika?

Startowałem dwukrotnie. Widzę w tym coś wyjątkowo atrakcyjnego, zwłaszcza dla takiego zwierzęcia miejskiego, kogoś, kto siedzi wśród kamiennych ulic i trenuje co najwyżej w parkach. To coś unikalnego.

Jakim doświadczeniem był dla pana bieg w duecie?

Najważniejszy w tym biegu jest fakt, że realizuję go z partnerem i to było dla mnie czymś zupełnie nowym. Dochodzi tutaj do szczególnej więzi. To wzajemna motywacja i pilnowanie, żeby nie robić niczego za szybko, ani za wolno. Ja musiałem motywować swojego partnera do tego, by cokolwiek zjadł. W którymś momencie, przed 60. kilometrem, usłyszałem, że już kończymy bieg i wtedy zaczęła się walka nie z dystansem, ale o partnera. Mieliśmy wówczas pełną świadomość, że się uzupełniamy.

Doświadczenia z kariery olimpijskiej przydały się na trasie?

Od bezpośrednich doświadczeń ważniejsza była pewna postawa. Konieczność jedzenia, picia, robienia czegoś we właściwym czasie. Na Igrzyskach jest dyscyplina, tam nie może być przypadku. W Biegu Rzeźnika planowanie również przypomina mi przygotowania olimpijskie.

Jak wygląda planowanie przed wyruszeniem na trasę Biegu Rzeźnika?

Wspólnie z partnerem i omawiamy trasę, decydujemy co będziemy jeść, robimy wspólne zakupy. Na bieżąco obserwujemy też prognozę pogody i przewidywane temperatury.

W tym roku pogoda was zaskoczyła?

Spodziewaliśmy się burzy, ale to była raczej ulewa. Nie zostało na nas nic suchego. Mieliśmy przygotowane odpowiednie kurtki. W górach pogoda zmienia się szybko. A razem z nią teren, ze stabilnego robi się nagle błotnisty i śliski.

Dedykowana butelka Coca-Coli na Bieg Rzeźnika

Dla kogo jest rywalizacja w Biegu Rzeźnika?

Potrzebny jest wyższy stopień wtajemniczenia. Dojrzałość strategiczna w myśleniu o bieganiu, pokora wobec słabości własnego organizmu. Bieg Rzeźnika powinien być biegiem ludzi świadomych swego stanu zdrowia, odpowiednio przygotowanych. Nie ma tam miejsca na bicie rekordów. Bieganie po górach w żadnym wypadku nie powinno być metodą na udowadnianie sobie swojego męstwa. To nie jest wyznacznik biegowego spełnienia. Bieg Rzeźnika jest dla ludzi, którzy potrafią zdjąć z uszu słuchawki i wsłuchać się w ciszę. Dla tych, którzy nie odcinają się od natury. Dopiero gdy zdejmiemy słuchawki i usłyszymy wiatr w Bieszczadach, ptaki, własny oddech, a nawet własne myśli, mamy szanse na wyniesienie z tego biegu czegoś więcej niż samego wyniku.

Jakie uczucie towarzyszyło panu na mecie?

Poczucie spełnienia. Chcieliśmy to zrobić i zrobiliśmy. Czułem też wdzięczność wobec mojego partnera, który nie poddał się swoim słabościom.

Jak wyglądały ostatnie godziny i noc przed startem?

Czuliśmy się jak marynarze wyruszający na morze. Jesteśmy już zaokrętowani, to wszystko właśnie się dzieje, nikt nam nie będzie pomagał. Z kolegą i grupą przyjaciół pojechaliśmy  na nocleg do klasztoru w Komańczy. Sen był krótki, trwał tylko dwie i pół godziny. Nie było ekscytacji jak przed wielkim biegiem. Czułem się jak namaszczony dobrym balsamem. Błogi spokój, co ma być, to będzie.

Odczucia inne niż przed startami na Igrzyskach?

Wtedy odczuwałem duże pobudzenie. Tutaj było inaczej, poszedłem na wyciszenie.

Inni biegacze rozpoznawali pana na trasie?

Oczywiście! Pytali, czy ja to ja. Na trasie było dużo życzliwości. W Biegu Rzeźnika każdy jest równie wielki.

Drużyna biegowa Coca-Coli wraz z rodzinami

Jak dużo znajomości udało się nawiązać dzięki Biegowi Rzeźnika?

Jest coś takiego jak rodzaj "rzeźnickiego klanu". Jest grono kolegów, którzy utrzymują relacje po wspólnym biegu. Poznały się nasze rodziny i dzieci, które następnego dnia biegają w Rzeźniczątku, albo Rzeźniczku. Bieg Rzeźnika łączy ludzi na różnych stanowiskach, z różnymi historiami.

Pana syn też biegł?

Oczywiście, w Rzeźniczątku! Wrócił do domu z medalem.

Czy biegi ekstremalne zyskają równie wysoką popularność jak te uliczne?

Na pewno. Ludzie szukają czegoś wyjątkowego. Na pewno jesteśmy jeszcze przed szczytem popularności biegów górskich.

Picie Coca-Coli pomaga na trasie?

Dla mojego partnera Coca-Cola była absolutnie na wagę złota. Coca-Cola ma w sobie dozę nagrody, premii. Na trasie nie słyszałem nic bardziej miłego od dźwięku otwieranej butelki!