- Kiedy byłem dzieckiem, duch małego mistrza siedział we mnie cały czas. Teraz my, dorośli, musimy starać się, by entuzjazm w naszych dzieciach nie zbłądził – powiedział w rozmowie z Coca-Cola Journey wielokrotny mistrz olimpijski, Robert Korzeniowski.

Korzeniowski swój ostatni start w Igrzyskach Olimpijskich zaliczył 12 lat temu – w 2004 roku w Atenach. Z kolei niedawno obchodził 20. rocznicę zdobycia pierwszego olimpijskiego medalu (w 1996 roku, w Atlancie, zdobył złoto w chodzie na 50 kilometrów).

Czy podczas oglądania relacji z Igrzysk Olimpijskich wróciły wspomnienia z tych, w których Pan uczestniczył?

- Wróciły, ale przed Igrzyskami. Dzisiaj nie żyję wspomnieniami, tylko patrzę na to, jak walczą inni. Mój ostatni start na Igrzyskach miał miejsce dwanaście lat temu, ale nie mam w sobie nostalgii. Są pewne porównania typu wioska olimpijska kiedyś i dziś czy historie, które zdarzają się zawodnikom. Ale to raczej odniesienia, a nie wspomnienia. Teraz jestem stuprocentowym kibicem.

Czy można porównać obecne Igrzyska z tymi, w których Pan startował?

- Dzięki rozwojowi mediów Igrzyska są dzisiaj jeszcze bardziej powszechne w życiu. Kiedyś, żeby śledzić na bieżąco wszystkie wydarzenia, trzeba było oglądać telewizję na jednym kanale albo słuchać radia, a następnego dnia czytać gazety. Dzisiaj emocje można przeżywać w pełni niezależnie od tego, gdzie się znajdujemy. Igrzyska poza głównym nurtem mediowym rozgrywają się też w mediach społecznościowych, przez co zawodnicy - jeszcze przed zawodami - mogą mieć jeszcze większy kłopot ze znalezieniem tego spokoju olimpijskiego.

Jakie były pana sposoby na wyciszenie się przed zawodami?

- Było bardzo różnie. Jeszcze w 1992 roku, kiedy startowałem w Igrzyskach po raz pierwszy, nie za bardzo wiedziałem, jak się wyciszyć. Dopiero uczyłem się wielkiego sportu. Później, przy kolejnych startach, starałem się znaleźć strefę ciszy na co najmniej dziesięć dni przed zawodami, ale koniecznie poza wioską olimpijską. Nie wynikało to z żadnej fanaberii. Po prostu - wioska to jedna wielka giełda emocji. Jedni przegrywają, inni wygrywają.

Czy w Pana dzieciństwie były momenty, które utwierdziły w przekonaniu, że warto uprawiać sport?

- Jako mały chłopiec byłem zachwycony wszelkimi informacjami o sukcesach Polaków. Dorastałem w czasach, kiedy największe sukcesy święciła kadra Górskiego, do tego mieliśmy fajną ekipę olimpijską w Montrealu. Każdy strzelony na podwórku gol, każda kwalifikacja do zawodów szkolnych, każdy finisz w bramie podwórkowej na rowerze, to było coś bezcennego. Wtedy na co dzień czuliśmy się zwycięzcami. Oglądaliśmy wyścig kolarski w telewizji, graliśmy w kolarzy kapslami, a potem wsiadaliśmy na rowery. Graliśmy w piłkę, oglądaliśmy piłkarskie transmisje, znaliśmy nazwiska wszystkich reprezentantów i ich rywali. Mieliśmy bardzo dobre wzorce sportowe. Duch małego mistrza siedział we mnie cały czas.

Teraz z dziećmi jest podobnie?

- Mam wrażenie, że my, dorośli, jeszcze bardziej musimy starać się, by te marzenia w dzieciach nie gasły, by ten entuzjazm nie zbłądził. Wychowywałem się na podwórku, które zawsze było otwarte. Sport był uprawiany non stop, a rodzice wołali nas do domu tylko na jedzenie. Dzisiaj dzieci muszą być jednak przypilnowane, zawiezione i na pewno nie mają aż tylu szans - w sensie godzinowym - żeby się wyżyć tak, jakby im się chciało. Ale jeżeli chodzi o ich reakcje, emocje, przeżywanie, identyfikowanie się chociażby z Robertem Lewandowskim, wczuwanie się w rolę tych zawodników - myślę, że jest podobnie.

Co mogą zrobić rodzice, by utrzymać w dzieciach sportowe marzenia?

- Nie mogą bać się tego, że dziecko się spoci, przewróci, że gdzieś przegra. Trzeba je przytulić, pomóc mu, pokazać, że jest bohaterem. Nasze dzieci są superbohaterami, ale oczekują od nas, że będziemy ich w tym bohaterstwie wspierać. Jeżeli nie zwolnimy się z obowiązku wychowywania - mając przekonanie, że przecież zrobi to za nas szkoła - to mam wrażenie, że my sami, jako rodzice, będziemy superbohaterami dla naszych dzieci na długie lata. Ja mam zamiar odgrywać właśnie taką rolę.

Pana rodzice byli superbohaterami?

- W pewnym sensie tak. Znajdowałem odpowiedzi na wszystkie pytania, traktowali mnie zawsze bardzo poważnie. Wspierali mnie. Kiedy po raz pierwszy zapisałem się na judo, robili co mogli, żebym tylko chodził na treningi. Nie na zasadzie, że wyganiali mnie z domu. Po prostu dopingowali do tego, żebym się dobrze uczył, wracał na czas, żebym dzielił się z nimi emocjami. Dawali dobry przykład.

Czy w dzisiejszych czasach dostęp do Internetu może wzmagać fascynację sportem u dzieci?

- Na pewno! Ale ważne jest, żeby podkreślać różnice między światem wirtualnym i realnym. Jestem przeciwny wyłączaniu dzieci z dostępu do mediów. Martwią mnie jednak sytuacje, kiedy widzę rodziców na wakacjach, a obok nich dzieci, które siedzą z telefonami i nie ma między nimi żadnej komunikacji.

Jaki wpływ na kształtowanie charakteru dziecka ma sport?

- Podstawowy! Buduje poczucie własnej wartości, uczy systematyczności, przegrywania, wygrywania, współpracy w grupie, pokory wobec rywali. To lekcja życia, którą trzeba odrobić. Uczymy się wielu przedmiotów, z których wynosimy konkretną wiedzę, ale ta wiedza może być zastosowana dopiero wtedy, kiedy posiadamy umiejętności miękkie. A ich uczy sport. Umiejętność wstawania rano, wychodzenia na trening, odrabiania na czas lekcji, bo trzeba wyjść na popołudniowy trening, albo weekendowe zawody - sport jest czymś, co na całe życie ustawia nasz tryb pracy. Można to porównać tylko z muzyką, gdzie również trzeba bardzo wiele ćwiczyć i starać się o perfekcję.

U Pana w dzieciństwie było podobnie?

- Sport dał mi bardzo dużo, szczególnie w czasie licealnym. Musiałem zasłużyć sobie na to, by być sportowcem. Później, kiedy szedłem na studia w Katowicach, wszyscy mówili mi, że indywidualny tok studiów to najgorsze, co może być. Pokazałem, że jest inaczej. Wszystko wynikało z głębokiego poczucia, że jestem kreatorem własnego losu, a sport był narzędziem do realizowania się.

Chciałby Pan, by Pana dzieci uprawiały sport wyczynowo?

- Na pewno im w tym pomogę, jeśli będzie potrzeba i możliwość. Mój 5-letni syn jest tak nakręcony, że chciałby uprawiać wszystkie sporty świata.

Co jest ważniejsze w relacji dziecko-rodzic - wspólne oglądanie czy uprawianie sportu?

- Każde przeżywanie czegoś razem jest ważne, ale w trakcie oglądania sportu nie ma aż tylu interakcji między nami jak w trakcie uprawiania. Fenomenalnie jest, kiedy mamy do czynienia z jednym i drugim. Razem kibicujemy najlepszym w sporcie, ale jednocześnie go uprawiamy.

Gdyby ponownie mógł Pan wybrać ścieżkę swojego życia, sport nadal byłby w nim numerem jeden?

- Nie wyobrażam sobie jakbym dzisiaj wyglądał i co robił, gdybym nie uprawiał sportu. Uważam, że miałem olbrzymie szczęście, iż po wielu perypetiach mój talent się ujawnił. Kiedyś chciałem odkrywać zaginione miasta, być piszącym historykiem, czy pisać nowele. Okazało się, że wszystkie miasta i historie mogłem odkryć dzięki sportowi.